Łukasz Giza: Można powiedzieć, że w Zamościu była twierdza nie do zdobycia

02/12/2023

Przedstawiamy kolejny wywiad w ramach cyklu Ludzie (z) Hetmana.

W wieku osiemnastu lat z IV-ligowej Wisły Puławy do Hetmana dołączył Łukasz Giza. W wywiadzie zawodnik wspomina m.in. na który zespół miał patent na zdobywanie bramek, z kim najbliżej się trzymał, gdzie poznał żonę oraz czy jest zadowolony z postawy KS Drzewce po rundzie jesiennej.

Do Hetmana dołączyłeś w 2000 roku. Jak to się stało, że z Wisły Puławy trafiłeś do klubu z Zamościa?

– W grudniu skończyłem wtedy osiemnaście lat i po niezłej rundzie w Wiśle Puławy zdecydowałem się na transfer do Hetmana. Strzeliłem w barwach „Dumy Powiśla” osiemnaście bramek w osiemnastu meczach. Chciałem liznąć większej piłki i duży udział przy tym transferze miał Jerzy Krawczyk, który jest z Puław. Miałem również propozycję z Górnika Łęczna, ale  wybrałem klub z Zamościa.

Hetman występował wtedy w dawnej drugiej lidze. Był to dla Ciebie duży przeskok, bo wcześniej występowałeś w IV-ligowej Wiśle Puławy?

– Dla młodego osiemnastoletniego chłopaka to było duże wyzwanie i przeżycie. Być w drużynie, która występuje na zapleczu ekstraklasy, to było coś. Początki były ciężkie, bo trzeba było się dostosować do cięższych treningów i do tego można powiedzieć profesjonalnego podejścia. Myślę, że nieźle wyszło i z czasem zaczęło to fajnie wyglądać.

W sezonie 2001/2002 Hetman zajął siódme miejsce w II lidze, co po dziś dzień jest najlepszym wynikiem w historii. Przez moment włączyliście się nawet do walki o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej…

– Z tego co pamiętam, po rundzie jesiennej zajmowaliśmy czwarte miejsce. Trzeba przyznać, że naprawdę nieźle się wtedy prezentowaliśmy. Trenerem został Włodzimierz Gąsior i u siebie zdobyliśmy bardzo dużo punktów. Można powiedzieć, że w Zamościu była twierdza nie do zdobycia.  Mieliśmy fajny skład, zgrany i budowany przez wcześniejsze lata. Fajnie się ułożyło, bo był moment, że można było powalczyć o najwyższy szczebel rozgrywkowy.

Zarówno w meczu u siebie jak i na wyjeździe strzeliłeś gola Arce. Można powiedzieć, że miałeś patent na zespół z Gdyni?

– To prawda, bo z Arką kiedy graliśmy, to wpisywałem się na listę strzelców. W meczu u siebie zdobyłem bramkę, wchodząc z ławki rezerwowych. Bardzo fajne uczucie, a dla napastnika szczególnie, bo jest z tego rozliczany. Na wyjeździe udało nam się wyrównać, przegrywając 0:2, co można uznać za bardzo dobry rezultat. Mecze z drużyną z Gdyni zawsze będę wspominał miło.

W 4. kolejce przy sześciu tysiącach widów przegraliście 0:3 na wyjeździe w Poznaniu. Grałeś kiedyś przy większej widowni i takiej atmosferze jak na stadionie przy Bułgarskiej?

– To był jedyny mecz, gdzie troszkę mi nogi splątało. Wcześniej nie miałem okazji grać na takim obiekcie przy takiej publiczności. Wszedłem wtedy na paręnaście minut i zrobiło to na mnie naprawdę duże wrażenie. Bardzo przyjemnie było pokopać na stadionie Lecha.

Większość przyjezdnych zawodników mieszkała w baraku przy stadionie. Dużo się tam działo?

– Mieszkałem tam i ja (śmiech). Sporo się działo i że mieszkaliśmy w jednym miejscu, było na duży plus. Byliśmy ze sobą bardzo zintegrowani, bo przebywaliśmy ze sobą naprawdę dużo czasu. Nasze relacje wtedy się umacniały i dobrze wspominam ten okres.

Oprócz tego zwycięstwa świętowaliście na parasolkach na starówce. Wszystko odbywało się z głową czy kiedyś wymknęło się to poza kontrolę?

– Nie przypominam sobie, żeby wymknęło się poza kontrolę. Po wygranych spotkaniach faktycznie było jakieś piwo i pizza. Uważam, że to była całkiem normalna rzecz. Każdy w miarę był świadomy, że gra na zapleczu ekstraklasy. Większość dobrze się prowadziła, bo  liczyła, że wybije się na jeszcze wyższy poziom rozgrywkowy.  Paru chłopakom udało się zrobić niezłą karierę. Zamość zawsze był przyjaznym miastem, a my po świętowaniu braliśmy się od razu do roboty.

Do Hetmana trafiłeś jako młody zawodnik. Jak przyjęła Cię szatnia klubu z Zamościa?

– Szatnia przyjęła mnie naprawdę bardzo dobrze. Chrzty były zawsze na obozie, a mój odbył się w Wiśle. Myślę, że na boisku formą się obroniłem i każdy do mnie podchodził naprawdę miło.

Z jakim z zawodników złapałeś od razu wspólny język?

– Najbliżej kolegowałem się z Dominikiem Malesą, bo przyszliśmy do Hetmana w tym samym czasie. Do tej pory mamy jakiś kontakt. Z wieloma zawodnikami się trzymałem. Np. z Sewerynem Gancarczykiem swojego czasu miałem bardzo dobrą relację, która z czasem się trochę urwała.

Hetman nie płacił wiele, a ponadto często były poślizgi. Ciężko było w tym okresie z tego wyżyć?

– Jakiś wielkich pieniędzy nie zarabiałem, ale mi osobiście wystarczało. Nie musiałem wynajmować mieszkania, bo mieszkałem w baraku. Nie miałem rodziny, a ponadto się jeszcze uczyłem. Chciałem spróbować grać wyżej, a do Zamościa nie przyszedłem zarabiać. Na utrzymanie jednak w tym okresie wystarczało.

Teraz piłkarze na tym poziomie zarabiają horrendalnie większe pieniądze…

– O wiele bardziej. Szkoda, że człowiek w późniejszych czasach nie grał w piłkę (śmiech). Te pieniądze teraz są niebagatelnie większe do tego co było kiedyś. Ja mam przyjemną satysfakcję, że mogłem pokopać na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej. Wiadomo, że nie zarobiłem, nie wiadomo jakich pieniędzy, ale wspomnienia pozostały.

Podczas jednego ze spotkań doznałeś groźnej kontuzji kolana. Gdyby nie to uważasz, że zrobiłbyś dużo większą karierę piłkarską?

– Było to podczas spotkania u siebie z Tłokami Gorzyce. Seweryn Gancarczyk wtedy podchodził do rzutu karnego, który bramkarz obronił. Pamiętam, że ja szedłem do dobitki, a on mnie nie widział. Ja trafiłem w piłkę, a on w moje nogi. Był wtedy problem z kolanem, który ciągnie się do dzisiaj. Być może zrobiłbym większą karierę i byłaby na to szansa. Miałem propozycje w późniejszym okresie z Polonii Warszawa i z Jagielloni Białystok. To kolano doskwierało i nie zdecydowałem się, żeby grać jeszcze na wyższym poziomie. Ja na pewno narzekał nie będę, bo w Zamościu poznałem żonę i dobrze to wyszło.

Później występowałeś ponownie w Wiśle Puławy, a także Avii Świdnik. Skuteczności nie jeden z napastników mógł Ci pozazdrościć…

– Między 30-34 rokiem życia wróciłem do Wisły, a później byłem w Avii, Orlętach Radzyń Podlaski i Stali Poniatowej.  Nie będę narzekał, bo tych bramek troszeczkę udało się nastrzelać. Wywiązywałem się ze swoich zadań jako napastnik. Wypada się tylko cieszyć, że ta piłka parę razy wpadła do siatki.

Grę, przeciwko któremu z obrońców wspominasz do dziś?

– Ciężko powiedzieć, bo tych obrońców było sporo. U siebie z Lechem Poznań naprawdę ciężko się grało mi się przeciwko Pawłowi Wojtali, który wrócił z Bundesligi.

Po zakończonej karierze piłkarskiej zostałeś trenerem i aktualnie prowadzisz KS Drzewce. Jesteś zadowolony z rundy jesiennej, po której zajmujecie czwarte miejsce w IV lidze?

– Jako beniaminek i nowicjusz na tym poziomie rozgrywkowym to jestem zadowolony. Pierwszy raz klub gra w IV lidze, a my ponieśliśmy tylko jedną porażkę. Zdobyliśmy sporo punktów i ta runda na pewno jest na plus. Nie ma co narzekać.

Jaki jest Wasz cel na wiosnę?

– Na pewno utrzymać kadrę. O trzecią ligę będzie nam ciężko walczyć, bo po prostu nas nie stać na to wszystko. Celem jest rozwój drużyny i poszczególnych zawodników. Chciałbym, żeby podnosili swoje umiejętności i mieli okazję pograć na jeszcze wyższym poziomie rozgrywkowym.

Od którego z trenerów, u których grałeś, najwięcej się nauczyłeś?

– Od każdego po trochu. Nie chciałbym kogoś szczególnie wyróżniać, bo każdy z nich zasługuje na szacunek.

Jakie jest Twoje trenerskie marzenie?

– Jak zostawałem trenerem, to moim marzeniem było, żeby zespół miał swój styl. Niezależnie, w której lidze będę pracował, chciałbym, żeby zespół miał konkretny model gry. Dla mnie to jest najważniejsze, żeby udawało się to przełożyć na zespół.

Czego można Ci życzyć na 2024 rok?

– Żeby nie było nic gorzej. Najważniejsze, żeby żona i dzieci byli zdrowi. To dla mnie jest najważniejsze.  Nie mam jakiś wielkich wymagań i chciałbym, żeby to normalnie funkcjonowało tak jak teraz.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

 
Rozmawiał: Paweł Wróbel

NASTĘPNY MECZ

Tabela