Jacek Ziarkowski: Wspomnienie okresu gry w Hetmanie potrafi wywołać u mnie dreszczyk. 

26/04/2024

Jacek Ziarkowski w sezonie 2001/2002 został królem strzelców ówczesnej II ligi w barwach Hetmana, który osiągnął wtedy siódme miejsce, najwyższe w historii na tym poziomie rozgrywkowym. Były napastnik drużyny z Zamościa opowiada m.in. o tym w jakim spotkaniu miał „dzień konia”, jak sobie poradził w wyższej lidze, a także wiele więcej. 

Do Hetmana trafił Pan z Avii Świdnik. Potrzebował Pan czasu, aby zaaklimatyzować się w klubie z Zamościa?

Aklimatyzacja w Hetmanie przebiegła dość szybko. Było w drużynie już kilku moich kolegów, których znałem wcześniej. Na pewno dzięki temu było mi dużo łatwiej, chociaż w pierwszym sezonie aż tylu goli nie zdobyłem. Od razu dobrze się czułem w Zamościu.

W pewnym momencie postawił Pan wszystko na piłkę i podpatrywał Diego Armando Maradonę. Pana zdaniem był lepszy zawodnik w historii lepszy od niego?

Ja się wychowywałem za czasów Diego Armando Maradony. Później była epoka Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Uważam, że kunszt, jakim wykazywał się Argentyńczyk, był na pewno na poziomie wybiegającym ponad wszystkich. Wielu młodych chłopaków się na nim wzorowało. Ja byłem innym typem piłkarza, ale jako zawodnik Maradona mnie fascynował.

Pierwszy Pana sezon w Hetmanie nie był okazały. Później Pan „odpalił” i zdobywał gole, na które pracował cały zespół…

Ja tylko praktycznie finalizowałem te akcje (śmiech). Trener ustawił zespół tak, że ja miałem wykańczać sytuację. Tylko się trzeba cieszyć, bo swego czasu mieliśmy w Hetmanie wspaniałą ekipę. Dla mnie czystą przyjemnością było grać u boku tych zawodników, którzy grali w zespole z Zamościa. Bez pomocy drużyny na pewno bym nie zanotował tylu trafień.

W sezonie 2001/2002 w 27. kolejce II ligi zdobył Pan cztery gole z GKS-em Bełchatów. Miał Pan wtedy „dzień konia”, a piłka gdzie się nie odbiła, to spadała pod nogi. Zagrał pan lepszy mecz w Hetmanie?

Lepszego może i nie zagrałem. Miałem wtedy, jak ja to mówię, „złote dotknięcia”. Gdzie nie stanąłem to piłka szukała mnie i bramki. Strzelanie goli w tamtym spotkaniu było dla mnie tak łatwe, niczym na podwórku. W meczu z GKS-em Bełchatów miałem tzw. czutkę, do tego, gdzie się „futbolówka” może znaleźć. Trzeba przyznać, że miałem wtedy „dzień konia”.

W tamtym sezonie czuć było chemię w zespole, co przekładało się na wyniki. Czego zabrakło, aby awansować do najwyższej klasy rozgrywkowej?

Wszystkiego po trochu. Ciężko jest dla takiego miasta jak Zamość udźwignąć presję awansu do ekstraklasy. Zarówno organizacyjnie, jak i piłkarsko. Na pewno był to zespół z dużym potencjałem, o czym świadczy ilu chłopaków z tej drużyny, grało na poziomie najwyższej klasy rozgrywkowej. Szkoda, że zabrakło odrobinę szczęścia i wiary w sukces. Ja zawsze miło będę wspominał ten okres.

Podczas tej kampanii zdobył Pan 22 gole i został królem strzelców ówczesnej II ligi. Jak oceniłby Pan swój sezon, który był najlepszy w historii dla Hetmana?  

Na ten mój dorobek pracował cały zespół. To jest też ich zasługa, że zdobywałem bramki. Ja dobrze przygotowałem się do tego sezonu i byłem naprawdę w niezłej formie. Gole, które zdobywałem coraz częściej, napędzały mnie i dawały pewność siebie zarówno mi jak i zespołowi. Czuliśmy moc i byliśmy groźni dla każdej drużyny na tym poziomie rozgrywkowym. Potrafiliśmy wyjść na boisku bez strachu, nieważne kto był naszym przeciwnikiem. Czuć było chemię w zespole.

O koronę króla strzelców rywalizował Pan z Piotrem Żabą, który strzelał jedenastki w Myszkowie. Panu jedenastki jednak nigdy nie leżały…

To prawda, bo były próby zachęcenia mnie do strzelania jedenastek. Chciano, żebym nadgonił klasyfikacji w strzelców. Ja mam jeszcze większą satysfakcję, że te gole zdobyłem po akacjach. Zespół wypracował te sytuacje, a ja zdołałem je wykorzystać. To tylko świadczy o tym, że zasłużyłem na tą koronę króla strzelców w tym czasie. Rzuty karne nigdy mi nie wychodziły.

Po pewnym czasie kibice intonowali przyśpiewkę „Jacek Ziarkowski najlepszy napastnik Polski”. Co Pan wtedy czuł i dlaczego w zespole podchodzili do tego humorystycznie?

Rymowało się to bardzo i podłapali to kibice jak, ale i koledzy z drużyny. My podchodziliśmy do tego bardzo humorystycznie. Śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie było to miłe i przyjemne. Atmosfera na trybunach, jak i w zespole, była bardzo fajna. Wspominanie tego okresu gry w Hetmanie potrafi wywołać u mnie dreszczyk emocji.

Szybko został Pan jednym z ulubieńców kibiców w Zamościu. Jak wspomina Pan kibiców Hetmana?

Do tej pory jak się zjawię w Zamościu to starsi kibice, mnie pamiętają. Ja ich dobrze wspominam, a oni moją osobę. Fani Hetmana to bardzo życzliwe, miłe, pomocne osoby, które za klub oddałyby serce. Są to wielcy fanatycy.

Z kim Pan w zespole z Zamościa miał najlepszy kontakt?

Praktycznie z każdym miałem dobry kontakt. Między nami panowała duża chemia i nie raz na boisku, jak i poza nim, potrafiliśmy udowodnić, że jesteśmy jednym zespołem. Często się spotykaliśmy na obiedzie, kawie czy też małym piwie po meczu. Nie raz omawialiśmy te spotkania i do tej pory mam dobre relacje z chłopakami, bo z niektórymi czasem się widuję.

Z Andrzejem Pidkiem rozumiał się Pan na boisku bez słów?

Andrzeja stać było na grę w wyższej lidze niż druga. Może nie zmarnował potencjału, ale był to zawodnik, który miał umiejętności bardzo wysokie i mógł osiągnąć dużo więcej. Był charakterny i miał dobre podejście do gry w piłkę. Miał cechy przywódcze i potrafił ten zespół zmobilizować w newralgicznym momencie. Grał na drugim poziomie rozgrywkowym, a to też nie jest mało.

Jak spędzaliście czas po wygranym meczu?

Spotykaliśmy się często z rodzinami, jak i tylko we wspólnym gronie. Zdarzało się piwko wypić, ale też zjeść obiad i wyjechać gdzieś na jakiś wspólny wypad. Cenię ten czas, bo w Zamościu poza wynikami było też bardzo miło.

Z Hetmana wypłynął Pan na „szerokie wody” do Odry, która występowała w Ekstraklasie. W tamtym czasie nie da się ukryć, że zespół z Wodzisławia mógł wygrać z każdym?

Tu była bardzo duża analogia do Hetmana. W Wodzisławiu Śląskim był też podobny zespół bez wielkich gwiazd, ale z zawodników solidnych i charakternych. Była to jedna wielka rodzina. To też stworzyło atmosferę do wspólnych wyników. My przed nikim nie „kucaliśmy” i potrafiliśmy wygrać najlepszymi. Wygraliśmy na Legii czy też z Wisłą, która grała w europejskich pucharach. Może nie mieliśmy wielkich nazwisk, ale jeden za drugiego szedł w ogień.

W sezonie 2002/2003 strzelił Pan swojego pierwszego gola wślizgiem z Lechem Poznań. Jakie emocje Panu towarzyszyły w tamtej chwili?

To było poniekąd spełnienie marzeń. Człowiek zawsze chciał grać w najwyższej klasie rozgrywkowej. Czułem na początku obawy, czy dam radę występować na poziomie Ekstraklasy. Zadawałem sobie pytanie, czy będzie tak miło i przyjemnie jak w Zamościu. Potrafiłem też wkomponować się w Odrze. Pamiętam tego gola do tej pory. Ja zamknąłem akcję i wślizgiem z najbliższej odległości wpakowałem „futbolówkę” do bramki z najbliższej odległości. Emocje były duże.

Tamto spotkanie wygraliście 2:1. Był pan zawiedziony, że minutę po strzeleniu gola opuścił boisko?

Nie byłem zawiedziony. Często zmienialiśmy się w końcówce. Na boisku trzeba było zostawić dużo zdrowia, żeby osiągnąć jakiś wynik. Z ławki wchodzili chłopcy i pomagali dalej zespołowi. Nikt się nie obrażał na nikogo.

Pięć kolejek później zdobył Pan dwa gole z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski. Uwierzył Pan, że wtedy może spokojnie sobie poradzić na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce?

Powiem szczerze, że w Wodzisławiu Śląskim aklimatyzacja przebiegła może nawet szybciej niż w Zamościu. W Odrze praktycznie z meczu na mecz czułem moc i pewność siebie bijącą. Naprawdę czułem, że mogę w tej lidze dać sobie rade i mogę być czołową postacią.

Jedną z bramek zdobył Pan efektownym „szczupakiem”. Dało Panu to dużego „kopa” do jeszcze cięższej pracy?

Uderzenie głową to był mój numer popisowy. Zawsze w tym aspekcie dobrze mi się grało i potrafiłem tak zdobywać bramki. Strzelałem z wyskoku, „szczupakiem” i bardzo odpowiadały mi dośrodkowania z bocznych stref boiska.

W tamtym sezonie Odra pokonała 3:2 naszpikowaną gwiazdami Wisłę, a Pan zdobył decydującego gola. Radość ze zwycięstwa i satysfakcja po wygranym meczu musiała być wielka?

Była bardzo wielka, a my tańczyliśmy wtedy nawet krakowiaczka. Dzień przed meczem na rozruchu śp. Piotr Rocki wymyślił, w jaki sposób uczcimy bramkę. Spotkanie z Wisłą to też nie był spacerek. Wszyscy patrzyliśmy na siebie, gdy wyszliśmy na prowadzenie, a później zdobyliśmy drugą bramkę. Dopiero po moim golu głową wstąpiła w nas fala radości, a po trzeciej bramce zatańczyliśmy krakowiaczka. W drugiej połowie Wisła zepchnęła nas do defensywy i odrobiła dwa gole. Nie był to spacerek i mogło być różnie.

Piotr Rocki zawsze na treningu przed meczem wymyślał „cieszynki”. Jak wspomina Pan takie celebrowanie zdobytej bramki?

Piotr Rocki był duszą towarzystwa. Zawsze wymyślał jakieś „jaja” w szatni, dowcipy, żarty. Przed meczem na rozruchu miał stale jakieś pomysły, w jaki sposób uczcimy zdobytego gola. My to ćwiczyliśmy po treningu i jak zdobyliśmy gola, staraliśmy się to robić. Na pewno konsolidowało to zespół i było trochę śmiesznie.

Niestety Piotra Rockiego nie ma już z nami. Był to taki człowiek, którego nie da się zapomnieć i trzymał atmosferę w Odrze Wodzisław Śląski?

Był to człowiek orkiestra, gdzie by nie grał. Piotr był miły, przyjacielski, każdemu zawsze pomógł. Wielki wojownik na boisku i każdy go tak wspomina. Mega przyjaciel i zawodnik.

W ataku występował Pan z Michałem Chałbiński. Na boisku łączyła Was chemia i się uzupełnialiście?

Trener tak nas ustawił, że wywalczyłem miejsce w pierwszym składzie w ataku z Michałem Chałbińskim, który grał już w Odrze w poprzednim sezonie. Bardzo dobrze mi się z nim grało. Często asystowaliśmy sobie przy bramkach. Nie rywalizowaliśmy jak przeciwnicy, tylko graliśmy dla dobra zespołu. Na pewno była bardzo dobra współpraca między nami.

Ryszard Wieczorek pochodził z Wodzisławia Śląskiego i trzeba przyznać, że dobrze poukładał zespół. W tamtym okresie był to już trener z naprawdę dobrym warsztatem trenerskim?

Trener Wieczorek na pewno znał ten klimat śląski, bo stamtąd pochodził. Rozumiał tych chłopaków i trzeba tam być, żeby Ślązaków zrozumieć. Nie łatwo jest przekonać im się do kogoś. Jak pojechaliśmy na pierwszy trening z Jankiem Ciosem i Darkiem Turkowskim, to gdy zaczęliśmy mówić, to okazało się, że gadamy jak Kargul i Pawlak. Trener znał ten zespół i czuł klimat. Kiedy trzeba było, to nam bardziej dołożył albo odpuścił. To przekładało się na wyniki. Potrafił zrobić drużynę bez gwiazd i walczyć z najlepszymi. Śmiało mogę powiedzieć, że Ryszard Wieczorek miał to coś. 

W debiutanckim sezonie w Ekstraklasie strzelił Pan 14 bramek. Był Pan zadowolony z takiego dorobku?

Z jednej strony człowiek się cieszył, bo przywitać się z Ekstraklasą czternastoma bramkami to jest solidny wynik. Mam świadomość, że mogłem zdobyć ich więcej. Kiedy zagrałem słabiej albo zmarnowałem sytuację, to byłem wobec siebie krytyczny. Starałem się zawsze mocno pracować, żeby wyeliminować błędy. Wynik dobry, ale mógł być jeszcze lepszy.

Jak Panu mieszkało się w małej miejscowości, które żyło piłką?

Każdy tam każdego znał (śmiech). Wszyscy żyli piłką i Odrą. Było bardzo miło i przyjemnie. Czy to w Zamościu, Wodzisławiu Śląskim czy Grodzisku Wielkopolskim człowiek potrafił dostosować się do otoczenia.

Później Edward Socha pilotował Pana transfer do Matalyasporu. Czym zaskoczyła Pana azjatycka część Turcji blisko granicy z Syrią?

Pierwsze co sobie przypominam po wyjściu z samolotu to okropna, gorąca temperatura. Wysiadłem z samolotu po 23:00 i byłem przerażony, bo aż nie dało się oddychać. Na drugi dzień jak wstałem rano, to szybko wróciłem do hotelu, gdzie była klimatyzacja. Nie dało się tam funkcjonować, a wieczorem miałem jeszcze trening. Na drugi dzień był mecz. Ja wszedłem w 60. minucie praktycznie z marszu i proszę mi uwierzyć, że po piętnastu minutach pytałem, ile jeszcze do końca spotkania. Nie miałem po prostu siły biegać. Jak zszedłem z boiska, to chyba wypiłem wszystko, co było w bidonach. Język przykleił mi się do podniebienia.

W Turcji zerwał Pan wiązadła krzyżowe boczne, a do tego doszła jeszcze łękotka. Pamięta Pan ten dzień jak dziś?

To był trening wyrównawczy po meczu. Mieliśmy małe gry, a ja chciałem wejść przed zawodnika i się zastawić. On swoim udem trafił mnie w kolano, które złożyło się praktycznie do środka. Strzelenie kolana pamiętam do dziś. Poczułem, jakbym dostał serię z kałasznikowa. Poczułem taki prąd, a ból był tak niesamowity, że łzy same leciały. Niestety takie jest życie.

W Grodzisku Wielkopolskim liczył Pan na więcej?

Oczywiście, że liczyłem na więcej. Tylko ten, który miał rekonstrukcje i przechodził przez rehabilitację, wie, że nie jest łatwo powrócić. Jest to na pewno ciężka droga dla piłkarza. Teraz nie ma co o tym gdybać. Czasu już się nie cofnie. 

Ostatecznie w Groclinie rozegrał Pan sześć spotkań. Za rządów Zbigniewa Drzymały była to kraina mlekiem i miodem płynąca? Za czasów Zbigniewa Drzymały Groclin to był solidny, markowy zespół, a Prezes na nic nie żałował.

Groclin w tamtym okresie był bardzo solidnym, markowym zespołem. Występowało w nim wielu klasowych zawodników, którzy byli dobrze opłacani. Sam prezes kochał piłkę, interesował się nią i w klubie niczego nie brakowało. Zbigniew Drzymała był bardzo hojny.

Występował Pan z większym talentem w zespole niż Sebastian Mila?

W Grodzisku Wielkopolskim każdy był solidnym zawodnikiem. Na przykład Ivica Kriżanac grał później w Zenicie i reprezentacji Chorwacji. Sebastian Mila już wtedy cechował się tym, że ma dryg do prowadzenia gry. Miał bardzo dobrze ułożoną nogę i potrafi sam coś zrobić. Był wtedy na dorobku, ale już wtedy było widać, że ma naprawdę duże umiejętności.

Po zakończonej karierze zajął się Pan trenerką i oprócz tego uczy w szkole. Doświadczenie z boiska to cenny „skalp” i bardzo duży handicap w pracy szkoleniowca?

Na pewno pomaga. Nie każdy zawodnik musi być jednak dobrym trenerem. Człowiek już w tej piłce widział wszystko i ja staram się pomagać tym chłopakom, których prowadzę. Tłumacze im jak to jest i jak mają funkcjonować. Doświadczenie z boiska jest pomocne. Na pewno trzeba się dużo uczyć. Samo to, że byłeś zawodnikiem, nie predysponuje Cię od razu, do bycia świetnym trenerem.

W przeszłości prowadził Pan m.in. Hetmana Zamość. Jak wspomina Pan ten okres?

To był okres, że chciano odbudować Hetmana. My graliśmy w IV lidze i chciano napędzić ten sport w Zamościu. Był to niski poziom rozgrywkowy, a umiejętności zawodników przewyższały tę ligę. Udało nam się zrobić awans. W trzeciej lidze raz było lepiej, a raz gorzej. Pamiętam, że mieliśmy bardzo dobry początek. Później kontuzje zawodników pokrzyżowały mi trochę plany. Wypadło kilku chłopaków, którzy byli głównymi postaciami i my nie potrafiliśmy wygrywać. Uważam, że gdzie nie pracowałem jako trener, to zdobywałem cenne doświadczenie. Zrobiliśmy awans i był to fajny okres. Wróciłem i przypomniałem sobie, jak to było w Zamościu. Wspominam dobrze ten okres.

Hetman aktualnie jest liderem zamojskiej klasy okręgowej. Pana zdaniem jak wysoko może zajść klub z Zamościa?

Trudno mi powiedzieć, bo aż tak mocno tego nie śledzę. Klub musi wiele rzeczy poprawić, chociażby szkolenie. Na pewno to jest i będzie proces długofalowy, bo od razu, „na już” nie da się zbudować zespołu. Ja życzę Hetmanowi jak najlepiej i niech grają jak najwyżej. Jeśli byłaby taka możliwość to i niech wrócą stare czasy.

Jakie zespoły prowadzi aktualnie Jacek Ziarkowski?

Aktualnie prowadzę Niedźwiadka Chełm, który występuje w wojewódzkiej lidze trampkarzy. Oprócz tego jestem trenerem Błękitu Cyców.

Formy i sprawności mogą Panu pozazdrościć młodzi. Stara się Pan zatrzymać mijający czas?

Zaszczepiłem w sobie ten gen sportowca. Staram się w jakiś tam sposób dbać o swoją formę i dyspozycję. W miarę możliwości ćwiczę i dobrze się odżywiam. Jak na wiek, w jakim się znajduje na pewno, nie jest najgorzej.

W przyszłym roku będzie obchodził Pan pięćdziesiąte urodziny. Jak oceniłby Pan swoje pół wieku?

Minęło to tak szybko, że jeszcze się nie zastanawiałem (śmiech). Nie dowierzam, że mam tyle lat, bo to tylko liczba. Ja na ten moment czuje się wewnętrznie w miarę młodo. Oby zdrowie dopisywało, bo reszta zawsze jakoś się ułoży.

Już na koniec – 21 czerwca odbędzie się Jubileusz 90-lecia Hetmana. Pojawi się Pan na Gali?

Tak jest, będę obecny.

W takim razie do zobaczenia i bardzo dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał: Paweł Wróbel

 

NASTĘPNY MECZ

 

Tabela