„Hetman to był jeden z najlepszych okresów w mojej karierze”

16/04/2026

Od spóźnionego debiutu do kapitańskiej opaski.

Spóźniony pierwszy trening, szatnia pełna charakterów i drużyna, w której grali przyszli reprezentanci oraz piłkarze ekstraklasy. W rozmowie wspomina atmosferę tamtego Hetmana, opowiada o Prejuce Nakoulmie i Przemysławie Tytoniu na początku kariery, kulisach kapitańskiej opaski oraz trudnym momencie, gdy klub upadał finansowo. Dziś nadal żyje piłką — już jako trener, który znów walczy o ligowe punkty.

Pamięta Pan swój pierwszy trening w Hetmanie? Jakie były pierwsze myśli, gdy wszedł Pan do szatni?
– Na pierwszy trening w Hetmanie przyjechałem spóźniony. Źle zrozumiałem trenera Wiesława Wieczerzaka co do godziny rozpoczęcia zajęć i kiedy dotarłem, reszta zawodników już trenowała. Było to dość przewrotne wejście do drużyny.

Był Pan chłopakiem z Biłgoraja. Czuł Pan, że musi udowodnić coś więcej niż inni?
– Na pewno jako nowa osoba w zespole chciałem pokazać się z jak najlepszej strony. Nie miało to jednak związku z tym, że byłem z Biłgoraja.

Z kim najszybciej złapał Pan wspólny język i kto najbardziej pomógł Panu na starcie?
– Do zespołu trafiłem razem z Jackiem Iwanickim, bo znaliśmy się z Tomasovii, dlatego na początku trzymaliśmy się razem. Później szybko złapałem kontakt z Rafałem Wagą, Tomkiem Albingierem czy Mariuszem Pliżgą.

Wrócił Pan na chwilę do Janowianki, by później znów trafić do Hetmana. To był plan na rozwój czy życiowa konieczność?
– Na pół roku zostałem wypożyczony do Janowianki, bo – delikatnie mówiąc – nie było mi po drodze z trenerem Krzysztofem Łętochą.

Trafił Pan na wyjątkowy moment w historii klubu — wielu zawodników później zrobiło duże kariery. Kto już wtedy wyróżniał się mentalnie?
– Na pewno Jacek Ziarkowski, choć nie było nam dane razem zagrać w Hetmanie. Tomasz Albingier miał duże papiery na granie i rozegrał siedem spotkań na poziomie ekstraklasy. Nie można też pominąć Prejuce’a Nakoulmy, który później zrobił dużą karierę. Oczywiście warto wspomnieć także o Mariuszu Pliżdze, który bardzo wiele zrobił dla Hetmana.

– Jakim człowiekiem na początku kariery był Przemysław Tytoń? Bardziej spokojny czy już wtedy pewny siebie?
Pamiętam, że kiedy wszedłem do szatni Hetmana, dwa razy zwrócił się do mnie „Panie Andrzeju”. Nie wiem, czy to był stres, ale już po kilku treningach było widać jego duże umiejętności. Miał konkretny charakter i wiedział, po co jest na treningach i do czego dąży.

Po pierwszym treningu Prejuce’a Nakoulmy było widać, że to piłkarz z innej półki?
– Nie da się ukryć, że Prejuce miał „to coś”. Dopiero z czasem się ukształtował. Był bardzo dynamiczny i świetny motorycznie, ale trochę taki „jeździec bez głowy”. Z biegiem czasu zrobił ogromny postęp i trzeba przyznać, że osiągnął naprawdę dużą karierę.

Z Sergesem Kiemą i „Prezesem” podobno w szatni bywało zabawnie. Jaka anegdota najlepiej oddaje klimat tamtej drużyny?
– Nie pamiętam już dokładnie, na jaki wyjazd jechaliśmy, ale po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie na małe zakupy. Sklep nazywał się „Groszek”, a taki miałem pseudonim. Chłopaki rzucili żartem, że nazwa nie jest przypadkowa. Prejuce i Serges myśleli, że dostaną jakąś wielką promocję i wzięli większe reklamówki. Dopiero później zostali sprowadzeni na ziemię, że to był tylko żart.

Gdy dostał Pan opaskę kapitana — poczuł Pan dumę czy raczej większą odpowiedzialność?
– Jedno i drugie. Przejąłem opaskę po Mariuszu Pliżdze, który odszedł z klubu. Byłem dumny, że przejmuję ją właśnie po „Małym”, ale też czułem, że to zobowiązuje. Dużą nobilitacją było dla mnie to, że wybrał mnie zespół, a nie trener.

Kibice pamiętają Pana rzuty karne. Skąd ten specyficzny styl wykonywania jedenastek?
– Na początku spróbowałem tak wykonać jeden czy drugi rzut karny i zaczęło to wychodzić. Z czasem stało się to moim sposobem na wykonywanie jedenastek w meczach ligowych.

Który trener najmocniej wpłynął na Pana rozwój i dlaczego?
– Jeśli chodzi o Hetmana, to na pewno Wiesław Wieczerzak i Przemysław Cecherz. Z wcześniejszych lat bardzo dużo zawdzięczam też Markowi Kłoskowi oraz Jerzemu Murze.

Jak wyglądała współpraca z Przemysławem Cecherzem — bardziej wymagający czy motywator?
– Jeśli było trzeba, potrafił być bardzo wymagający, ale wszystko odbywało się w dobrej atmosferze. Może nie na koleżeńskiej stopie, ale wiedział, kiedy dokręcić śrubę. Potrafił też pożartować, a my wiedzieliśmy, gdzie są granice.

Czy było czuć w szatni, że sytuacja klubu robi się coraz trudniejsza finansowo?
– Z tygodnia na tydzień, a nawet z dnia na dzień było coraz gorzej. Codziennie dojeżdżałem do Zamościa, czasem nawet dwa razy dziennie. Musiałem dokładać własne pieniądze, więc szybko odczułem problemy klubu. W sezonie 2008/2009 klub wycofał się z rozgrywek. To był jeden z największych ciosów w mojej piłkarskiej przygodzie. Klub upadł i był po prostu niewypłacalny wobec zawodników.

Który mecz w barwach Hetmana do dziś ma Pan przed oczami?
– Było ich kilka. Strzelałem gole z rzutów karnych i często wykańczałem stałe fragmenty gry głową. Najbardziej zapamiętany mecz do Derby z Ładą w Zamościu. Mecz dla mnie wyjątkowy z podtekstami. Fantastyczna atmosfera i aż cztery tysiące kibiców na trybunach. Dla takich meczów się trenuje. Bardzo dobrze pamiętam dwumecz z Górnikiem Łęczna. Na wyjeździe zremisowaliśmy 1:1, a później przy pięknej oprawie kibiców wygraliśmy u siebie 2:1. Niestety, zajęliśmy wtedy drugie miejsce w lidze za drużyną z Łęcznej. Górnik był wtedy zdegradowany za korupcję i chciał jak najszybciej wrócić do wyższej ligi. W przekroju całego sezonu byli jednak poza zasięgiem.

Jaki napastnik sprawił Panu najwięcej problemów?
– Najlepszych napastników mieliśmy u siebie w drużynie — Igora Migalewskiego i Prejuce’a Nakoulmę. Na treningach naprawdę ciężko się przeciwko nim grało. Jeśli chodzi o rywali, grałem przeciwko wielu dobrym zawodnikom, ale trudno wskazać jednego konkretnego.

Gdyby miał Pan opisać Hetman tamtych lat jednym zdaniem — jak by ono brzmiało?
– Świetny klimat w drużynie i wokół klubu. Hetman miał wielu kibiców, którzy wspierali nas nie tylko u siebie, ale również na wyjazdach. To był jeden z najlepszych okresów w mojej karierze.

Jak wyglądało przejście z piłkarskiej szatni do „normalnego życia”?
– Stopniowo kończyłem grę w piłkę. Po Hetmanie trafiłem do Janowianki — najpierw jako zawodnik, później jako grający trener. Tak naprawdę do dziś jestem w szatni, tylko już w roli szkoleniowca Tanwii.

W rundzie wiosennej jako trener Tanwii będzie Pan walczył o utrzymanie w IV lidze. Jak trudne to zadanie?
– To będzie bardzo ciężka runda. Wiedzą o tym zarówno zawodnicy, jak i działacze. W każdym meczu będziemy walczyć o punkty i zobaczymy, co to przyniesie. Na wiosnę czekają mnie też bardzo sentymentalne spotkania – zagraliśmy z Janowianką, przed nami mecz z liderem, a także z Ładą 1945 Biłgoraj, w której występuje mój syn.

Czego piłka nauczyła Pana najbardziej — i co zostało z Panem do dziś?
– Przede wszystkim dyscypliny pracy. Wzmocniła mój charakter i nauczyła mnie komunikatywności, zwłaszcza kiedy wchodzi się do nowej szatni.

W sobotę Derby Zamojszczyzny. Jakiego meczu się Pan spodziewa i jaki padnie wynik?
– Spodziewam się meczu mocno „taktycznego” z dużą jakością i intensywnością. Mam nadzieję, że będzie to meczycho i kawał widowiska. Uważam, że nie będzie gradu goli. Rozum mówi 0:0, a serca 1:0 (przepraszam kibiców Hetmana 😉 ) dla Łady ze względu na syna Michała, który występuję w drużynie z Biłgoraja.

Dziękuję za rozmowę
– Dziękuję również

Rozmawiał: Paweł Wróbel

 

NASTĘPNY MECZ

Tabela

Table Plugin