
Hetmanowcy szlifują formę przed pierwszym sparingiem z Victorią Łukowa. Spotkanie odbędzie się w najbliższą sobotę o godzinie 12:00 na sztucznym boisku przy ul. Królowej Jadwigi. Przygotowania do rundy wiosennej idą pełną parą. O krótkie podsumowanie poprosiliśmy trenera Roberta Wieczerzaka i Sebastiana Łapińskiego.
– Jesteśmy po dwóch tygodniach przygotowań, praca idzie zgodnie z planem. Mamy za sobą trzy treningi w tygodniu na boisku ze sztuczną nawierzchnią, do tego jeden trening motoryczny z trenerem Wojtkiem Swatowskim. Po testach dobraliśmy środki do pracy nad wytrzymałością i siłą – na tych aspektach skupiliśmy się w tych dwóch mikrocyklach. Ten tydzień kończymy sparingiem z Victorią Łukowa i zobaczymy jak to będzie wyglądało na boisku. Dołączył do nas Rafał Kycko, nasz wychowanek, który zdecydował się do nas wrócić i pomóc w założonym celu. Liczymy, że Rafał na wiosnę będzie mocnym punktem naszej drużyny. Do treningów wrócił także po poważnej kontuzji Oliwier Płatek, nasz wychowanek rocznik 2006, który występuje na pozycji napastnika. Oliwier pomału wraca do obciążeń, myślę, że na rundę wiosenną będzie do naszej dyspozycji. Na tą chwilę wszyscy są zdrowi, a frekwencja bardzo dobra – mówi trener Wieczerzak.
– W najbliższą sobotę zagramy pierwszy sparing w okresie przygotowawczym, więc cieszy fakt powrotu do systematycznej gry. Treningi, jak i samo zaangażowanie chłopaków, jest na bardzo wysokim poziomie. Przygotowania do rundy wiosennej idą pełną parą, co nie dziwi, bo cel jest jeden – umocnienie się na pozycji lidera – mówi nasz pomocnik Sebastian Łapiński.





Przedstawiamy kolejny wywiad w ramach cyklu Ludzie (z) Hetmana.
Podczas Mistrzostw Europy U-16 w 1993 roku Piotr Bielak był ważnym ogniwem zespołu, który wywalczył podczas tej imprezy złoty medal. W wywiadzie były już zawodnik opowiada m.in. o tym właśnie turnieju, dlaczego nie zrobił większej kariery, jak nie wykorzystał swojej szansy w Szwajcarii oraz jak wspomina grę w Hetmanie Zamość.
Największym Pana sukcesem w karierze jest wywalczenie Mistrzostwa Europy U-16 w 1993. Jaki wkład w to osiągnięcie miał Piotr Bielak?
– Zgadza się. Na pewno byłem wartością dodaną. Sam fakt bycia w tym zespole był zaszczytem. W pierwszym meczu grupowym zremisowaliśmy 1:1 ze Szwajcarią. W drugim wygraliśmy 2:0 z Islandią. W ostatnim meczu grupowym pokonaliśmy 1:0 Irlandię. Zdobyliśmy cztery gole, z czego dwa były mojego autorstwa, więc w znacznym stopniu przyczyniłem się do awansu. Uważam jednak, że to cały zespół zapracował na to. W ćwierćfinale był remis z Belgią, a dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. W rzutach karnych byliśmy lepsi i awansowaliśmy. W półfinale po regulaminowym czasie gry remisowaliśmy 1:1 z Francją. W dogrywce po złotym golu na 2:1 sędzia zakończył mecz. W finale pokonaliśmy 1:0 Włochów, którzy mieli w składzie Gianluigiego Buffona i Francesco Tottiego. Bramkę na wagę mistrzostwa zdobył Marcin Szulik, który wpisał się na listę strzelców w 21 minucie. Był to pierwszy złoty medal przywieziony przez Polaków z Mistrzostw Europy w piłce nożnej bez względu na przedział wiekowy. Z tego co pamiętam to drużyna, gdzie grał Sebastian Mila, kilkanaście lat później powtórzyła ten wynik. I nikt więcej do tej pory niestety…
Mistrzostwa Europy odbywały się w Turcji, a trenerem kadry był Andrzej Zamilski. Co najbardziej po trzydziestu latach utkwiło w Pana pamięci z tego turnieju?
– Wzniesienie pucharu i złoty medal jako zwieńczenie całego wysiłku na Mistrzostwach. Nasza radość wtedy była ogromna.
Wielu nastolatków z tamtej drużyny zrobiło niezłe kariery jak choćby Mirosław Szymkowiak, Arkadiusz Radomski, Mariusz Kukiełka, a największe nadzieje wiązano z Maciejem Terleckim. Z kim Pan miał najlepszy kontakt w drużynie?
– Myślę, że z każdym miałem dobry kontakt. Do wyżej wymienionych dodałbym jeszcze Jacka Magierę. Wspomnę jeszcze o Wojtku Rajtarze, którego potencjałem porównałbym do Maćka. Razem w środku kierowali grą naszej kadry.
PZPN nie był przygotowany na taki sukces… Wziął Pan 600 złotych czy magnetofon?
– Nie pamiętam tej nagrody, ale magnetofonu na pewno nie wziąłem (śmiech).
Trener Andrzej Zamilski przed trzy lata zdążył sprawdzić ponad aż dwustu zawodników. Jak to się stało, że przeszedł Pan tak szczegółową selekcję, grając w Lubliniance?
– Lublinianka w moim roczniku miała silny zespół, a ja w wieku niespełna szesnastu lat strzelałem bramki na poziomie obecnej II ligi i miałem udział w awansie do pierwszej. Jeżdżąc na zgrupowania kadry, to potwierdzałem dobrą grą i bramkami. Myślę, że trener dzięki tak szerokiej selekcji miał przegląd najzdolniejszych zawodników w Polsce w tej kategorii wiekowej. Poprzez liczne konsultacje widział, na co kogo stać i odpowiednio nas wyselekcjonował, co przyczyniło się do osiągnięcia takiego wyniku.
Z Lublinianki trafił Pan do Szwajcarii. Zanosiło się na dużą karierę…
– Tak… Byłem pierwszym takim, że tak powiem, pomysłem menagera Kozubala. Pomysł polegał na tym, by ściągać utalentowanych zawodników z Europy Wschodniej (np. z Polski i Rosji) i ich ogrywać. Tych wyróżniających się następne sprzedawać do Francji, Niemiec i Włoch.
Do jakiego klubu Pan trafił i jak to się dalej potoczyło?
– Trafiłem do FC Echallens. Ten klub współpracował z FC Lausanne. Wtedy był to drugi poziom rozgrywkowy w Szwajcarii z tego co pamiętam. Trenerem był Lucjan Favre i widział mnie w składzie. Skończył granie jako zawodnik i wtedy zaczynał jako trener. Szybko jednak złapałem kontuzję mięśnia dwugłowego. Niestety naciski szybkiego powrotu do grania spowodowały odnowienie się uraz. W efekcie czego bardzo dużo spotkań opuściłem. Po rundzie wiosennej trafiłem do FC Luzern, która wtedy zdobyła vice mistrzostwo Szwajcarii. Trenowałem z zapleczem pierwszego zespołu, czekając na swoją szansę. Klub zapewniał mieszkanie, szkołę i jeden posiłek dziennie.
W tym okresie nie był Pan jedynym zawodnikiem z Polski…
– Mieszkanie dzieliłem z Pawłem Drumlakiem z Pogoni Szczecin, który miał innego menagera.
Wyjazd do Szwajcarii niestety zakończył się bez happy endu…
– Niestety resztę i miesięczne wynagrodzenie miał finansować Kozubal, który mnie oszukał i nie wypłacał uzgodnionej kwoty. O szczegółach nie będę się wypowiadać, ale tylko i wyłącznie dlatego wyjechałem ze Szwajcarii. Patrząc z perspektywy czasu, to był błąd. Trzeba było szczerze porozmawiać w klubie i grać, rozwijać się. Wcześniej czy później wszystko wróciłoby z nawiązką. Ja byłem charakternym chłopakiem z ulicy i nie patrząc na konsekwencje, po prostu wyjechałem. Podobno zawodnicy przyjeżdżający już po mnie mieli już wszystko płacone. W FC Lucern czułem się dobrze, grałem i nie miałem kontuzji. Myślę, że z czasem grałbym w pierwszym zespole, o czym zapewniał mnie trenerem. Miałem jednak problem, bo w wieku osiemnastu lat przez dwa lata nie mogłem grać w ogóle w piłkę. Dzięki pomocy Andrzeja Zamilskiego udało się ten okres karencji skrócić do półtora roku. Certyfikat wrócił i mogłem znowu grać w piłkę. Wtedy powinienem się rozwijać i po prostu grać, a ja oglądałem spotkania w telewizji Widzewa w Champions League. W tych meczach grali moi koledzy z kadry, czyli Maciej Terlecki, Mirosław Szymkowiak i Artur Wichniarek. Gdybym nie wyjechałem to miałem właśnie trafić do klubu z Łodzi…
Po sześciu występach w Ekstraklasie trafił Pan do Hetmana Zamość. Co skłoniło na wybór takiego kierunku kontynuowania kariery?
– Szczerze to nie wiem. Myślę, ze nieracjonalne myślenie w tamtym czasie. Poszedłem do beniaminka Ekstraklasy, który przegrywał mecz za meczem. W debiucie strzeliłem bramkę Amice Wronki. Może myślałem wtedy, że klub się nie utrzyma i spadnie do ligi niżej, a tam gra przecież Hetman. Z Zamościa bliżej do Lublina, poza tym moja była żona nie chciała się przeprowadzić. Myliłem się, bo Groclin się utrzymał, a do tego wypromował wielu zawodników i grał w Europie. Ja natomiast będąc już w Hetmanie, czułem się jak w domu i bardzo mile wspominam czas spędzony w Zamościu.
W historii klubu z Zamościa z pewnością zapisał się sezon 2001/2002, kiedy Hetman zakończył rozgrywki II ligi na 7. miejscu. Niestety do awansu do Ekstraklasy trochę zabrakło…
– Myślę, że była grupa piłkarzy, która zgrała się ze sobą, rozwinęła i robiła ciągle podstępy. Po dwóch sezonach walki o utrzymanie przerodziliśmy się w drużynę, która z każdym w tej lidze mogła wygrać.
W sezonie 2001/2002 Hetman awansował do 1/8 finału Pucharu Ligi przegrywając 1:2 z Zagłębiem Lubin. Historyczny wynik był blisko, a Pan przedwcześnie musiał opuścić boisko…
– Wiadomo, fajnie byłoby wyeliminować Zagłębie, co niestety się nie udało. Nie pamiętam jednak z jakiego powodu musiałem opuścić boisko.
Jak wspomina Pan współpracę z duetem Gąsior-Pająk?
– Mnie osobiście ich warsztat szkoleniowy bardzo pasował. Wszystko wykonywaliśmy z piłkami. Lepiej ją czuliśmy i z czasem też lepiej nią operowaliśmy. Było to widać w meczach jak i patrząc na tabele.
Z kim z tamtej ekipy utrzymuje Pan kontakt do dziś?
– Wakacje widziałem się przy okazji meczu Oldbojów Motoru Lublin i Stali Kraśnik z Darkiem Turkowskim. Czasami rozmawiam z Łukaszem Gizą, a najczęściej z Jackiem Ziarkowskim. Jesteśmy razem w KS Lublin i kilka razy w roku jeździmy na mecze czy turnieje.
Kiedy występował Pan w Hetmanie, na trybuny przychodziły tłumy. Jak wspomina Pan publiczność w Zamościu?
– Super. W Zamościu było, a myślę, że jest nadal, zapotrzebowanie na piłkę. Hetman moim zdaniem powinien grać na poziomie pierwszej, drugiej ligi regularnie.
W 2003 roku powrócił Pan na stadion w Zamościu, ale już jako piłkarz Podbeskidzia. Drużyna z Bielsko-Białej wtedy wygrała, a Pan obejrzał czerwoną kartkę…
– Tak, a my wygraliśmy 1:0. Ja po dwóch żółtych kartkach, a w konsekwencji czerwonej musiałem opuścić boisko.
W 2005 roku wyjechał pan do USA. Czym się Pan tam zajął?
– Pojechałem tam na ślub siostry. Ja chciałem, aby był ktoś z rodziny i miałem po nim wracać. Szwagier wspomniał mi o Polonii NY Soccer Club. Poszedłem na trening. Michał Siwiec, zaproponował mi pracę w swojej firmie budowlanej. Po dłuższym zastanowieniu zostałem i chciałem spróbować. W piłce pieniędzy nie naodkładałem, a granie w niższych ligach wiązało się z mizernymi zarobkami. Wiedziałem, że kiedyś trzeba będzie przestać grać. Tak naprawdę nie wiedziałem, co robić po skończeniu grania w piłkę nożną. Trenowałem przez 2-3 miesiące dzieci w Polsce i myślałem, że może zajmę się trenerką. W tamtych czasach z tego nie dałoby się jednak wyżyć i trzeba byłoby i tak gdzieś pracować na stałe.
Jakie wrażenie zrobiły na panu Stany Zjednoczone?
– Bardzo pozytywne. Ja poznałem Stany Zjednoczone od strony pracy, a lekko nie było, zwłaszcza na początku. Do pracy i po dziesięć godzin nie łatwo było się przestawić. Poznałem za to super ludzi, którzy pracowali w różnych miejscach, a mimo to spotykali się regularnie przy okazji uroczystości czy naszych spotkań podtrzymując polskość. Ja pracowałem w Nowym Jorku i trochę w Chicago. Turystycznie to tylko Waszyngton i Denver.
W Ekstraklasie rozegrał Pan tylko dziewięć spotkań. Jaki był powód, że przy takim potencjale piłkarskim nie było ich więcej na tym poziomie rozgrywkowym?
– Na pewno złe decyzje, wybory, no i kontuzje.
W obecnym sezonie Hetman występuje w klasie okręgowej. Pana zdaniem kibice w Zamościu zobaczą jeszcze piłkę na wyższym poziomie?
– Życzę tego Hetmanowi. Tak jak wyżej wspominałem, Zamość zawsze żył piłką i zasługuje, by tak było. Kibice zasługują, by oglądać swój klub w co najmniej drugiej lidze.
Co Pana zdaniem zaważyło, że Hetman występuje na tak niskim szczeblu rozgrywkowym?
– Nie mam wiedzy, czemu tak jest. Hetman od dłuższego czasu dołuje i mam nadzieję, że to się zmieni. Oby to nastąpiło jak najszybciej.
Czym po skończonej karierze zajął się Piotr Bielak?
– Prowadzę firmę Padbud, która zajmuje się remontami i wykończeniówką. Oprócz tego dodatkowo działam w KS Lublin. Jest to grupa byłych, znanych piłkarzy z Lubelszczyzny, która trzyma się ze sobą i wspiera. Przyjemnością jest wspólne granie, bycie na różnych turniejach. Jest z kim się pośmiać, a przede wszystkim są to ludzie, którzy znają się na piłce. Możemy o niej rozmawiać bez końca. Ja z tego miejsca chciałbym pozdrowić wszystkich kibiców Hetmana i trzymam kciuki, by klub z Zamościa wrócił na właściwe tory i robił awans za awansem!
Dziękuję bardzo za rozmowę!

2 grudnia minęła pierwsza rocznica objęcia sterów Hetmana przez nowe władze. W rozmowie Prezes Krzysztof Rysak podsumowuje, jak od tego czasu zmienił się Hetman. Oprócz kwestii stricte sportowych, z wywiadu dowiecie się także, jak wygląda bieżąca sytuacja Klubu i Akademii. Wiele ciekawych liczb, największe wyzwania, plany i pomysły na przyszłość. Jest też o tym, czego nie udało się zrobić i nad czym Zarząd będzie mocno pracować w 2024 r. Gorąco zachęcamy do lektury.
Za nami pierwszy rok działalności nowego Zarządu. W Klubie doszło do fundamentalnych zmian na każdej płaszczyźnie, ale zacznijmy od najważniejszego, czyli tego co na boisku. Jak ocenia Pan minioną rundę w wykonaniu Hetmana?
– Myślę, że powinniśmy wszyscy być zadowoleni z wyniku jaki osiągnęła na koniec rundy jesiennej drużyna Hetmana. Pierwsze miejsce na półmetku rozgrywek i pięciopunktowa przewaga nad Huczwą Tyszowce pozwala na w miarę spokojne przygotowywanie się do rundy rewanżowej. Jedyna porażka na własnym boisku z Pogonią Łaszczówka jest przestrogą, z której musimy wyciągnąć odpowiednie wnioski. Jednak zdecydowana większość spotkań była rozegrana na wysokim poziomie i praktycznie w każdym z nich byliśmy stroną dyktującą warunki gry. Uważam, że powinniśmy włożyć więcej pracy w finalizację akcji, jak również w tej fazie gry wprowadzać większą ilość zawodników w pole karne, gdzie prawdopodobieństwo zdobycia bramki jest zdecydowanie wyższe.
Czy cel, jakim jest awans do IV ligi, pozostaje niezmienny?
– Tak, zdecydowanie, postawiliśmy sobie taki cel i mam nadzieję, że zostanie on zrealizowany. Jestem również pewien, że kilkupunktowa przewaga nad pozostałą stawką drużyn jest na tyle znikoma, że tylko maksymalna koncentracja i ambitna postawa piłkarzy w każdym spotkaniu, bez lekceważenia przeciwnika pozwoli na jego realizację.
Czy zima będzie czasem na roszady kadrowe w pierwszej drużynie?
– Nie planujemy wielkich zmian, ponieważ generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni z obecnej kadry. Jeśli pojawią się transfery do klubu, to już z myślą o perspektywie wzmocnienia w IV lidze.
Przejdźmy do kwestii organizacyjnych. Co udało się zrobić w ciągu mijającego roku?
– Nie wiem od czego zacząć, bo tak dużo było tych działań. Po pierwsze, w sposób demokratyczny w grudniu przejęliśmy stery władzy w Klubie. Udało nam się doprowadzić do połączenia z klubem AMSPN Hetman. Później napotykaliśmy same problemy – od usankcjonowania Stowarzyszenia K.S Hetman Zamość w strukturach PZPN, po zaległości pozostawione przez byłe zarządy wobec Urzędu Skarbowego, ZUS i piłkarzy czy trenerów. Odrębną sprawą były „stare” zaległości wobec wierzycieli, którzy zgłaszali się do nas praktycznie z dnia na dzień. Sytuacja w Klubie w tym czasie była dramatyczna. Udało nam się zredukować zadłużenie poprzez rozmowy z wierzycielami i podpisaniem z nimi ugód. Potrafiliśmy przekonać do współpracy z nami kilkunastu sponsorów i partnerów, bez których nie dalibyśmy sobie rady. Reaktywowaliśmy wspaniałą inicjatywę „Klub 100”, która rozwinęła nam się bardzo fajnie i dziś mogę śmiało powiedzieć, że to też jest nasz kluczowy sponsor, w liczbie ponad 70 członków.
Jakie były priorytety w zarządzaniu klubem przez Pana?
– Od pierwszych dni naszym „ oczkiem w głowie” stała się Akademia i jej rozwój. Bardzo mocno inwestowaliśmy w nią w ciągu roku i dalej też nic się nie zmieni w tej materii. Przychodząc w grudniu zastaliśmy 166 młodych adeptów piłki nożnej w naszym klubie. Dziś mamy ich już prawie 250, zatem ewidentnie widać, że idzie to we właściwym kierunku. Zweryfikowaliśmy wstępnie kadrę trenerską i inwestowaliśmy w szkolenia dla trenerów. To właśnie właściwe funkcjonowanie szkolenia w Akademii będzie decydowało w przyszłości, jak będzie się rozwijała drużyna seniorów. Drugim ważnym priorytetem, którym kierowaliśmy się to był aspekt ekonomiczny. Podeszliśmy do funkcjonowania klubu stricte biznesowo. Działaliśmy przez cały rok na ściśle opracowanym na początku działania budżecie. Dyscyplina budżetowa z miesiąca na miesiąc była świętością. Dzięki takiemu podejściu możemy się pochwalić, że realizacja tego budżetu na poziomie ponad 1,3 mln złotych w ciągu roku 2023 nie wiąże się z żadnym deficytem. Odbyło się to oczywiście na zasadzie analizy i cięć pewnych obszarów, które zostały zdiagnozowane biznesowo, jako nieopłacalne dla klubu i wymagające redukcji bądź rezygnacji. Tak będzie chociażby w przyszłym roku z przychodami z programu certyfikacji PZPN, z których w kolejnym roku po prostu zrezygnujemy. Po analizie ekonomicznej okazuje się, że koszty wymierne i niewymierne związane z certyfikacją są wyższe niż przychód do budżetu z tego tytułu. Pójdziemy własną drogą szkolenia młodzieży z zachowaniem odpowiednich standardów i systemów jego monitorowania i oceniania. To już jest moja rola jako koordynatora szkolenia. Odbyliśmy spotkania w Akademii Beniaminka Krosno i Legii Warszawa. Przywieźliśmy stamtąd wiele pomysłów do zaimplementowania u nas, ale zdecydowanie pójdziemy własnym szlakiem bez narzucania nam z zewnątrz czegokolwiek.
Czego nie udało się osiągnąć?
– Nie udało się nam jeszcze porozumieć z żadną szkołą podstawową i ponadpodstawową w kontekście powiązań z właściwym funkcjonowaniem Akademii w obszarze edukacji młodych piłkarzy. Żałujemy, że nie mamy jeszcze 100 członków w tytularnym „ Klubie 100”. Nie udało nam się osiągnąć porozumienia z klubem Gaudium co do współpracy w szkoleniu młodzieży w Zamościu. Pomimo wcześniejszych deklaracji z ich strony, co do przekazywania nam bezpłatnie piłkarzy po ukończeniu wieku młodzika starszego, wycofali się z nich i nie widzą w nas partnerów do dalszych rozmów. Nie otworzyliśmy też własnego sklepiku z pamiątkami klubowymi. To wszystko staje się celem nadrzędnym do działań w roku 2024. Szkoda również, że tak mało firm z Zamościa i okolic pozyskaliśmy jako sponsorów. Mamy nadzieję, że widzą co zrobiliśmy w tym roku dla naszego klubu i będą bardziej ufni i hojni w rozmowach z nami. Nie bierzemy tych pieniędzy do kieszeni gdyż wszyscy działamy pro bono, inwestując swój prywatny czas dla dobra ukochanego Hetmana.
Nad czym obecnie pracuje Zarząd? Jakie kwestie są priorytetem na najbliższy rok?
– To już po części jest zawarte w odpowiedzi na poprzednie pytanie. Natomiast kolejnym ważnym celem pozostaje zamknięcie spraw związanych z zadłużeniem wynikającym z działalności Fundacji KS Hetman, klubu AMSPN i ostatniego zarządu stowarzyszenia KS Hetman. Dzięki ciężkiej pracy i dziesiątkom rozmów udało się zredukować, bądź fizycznie zapłacić naszym wierzycielom kwotę prawie 250 tys. złotych. W roku 2024 musimy dalej zmierzyć się z brakującą do zamknięcia tego tematu kwotą ok. 100 tys. złotych.
Jak obecnie wygląda sytuacja budżetowa Klubu?
– Na rok 2024 zaplanowaliśmy podobny budżet do roku obecnego z tym, że akcenty wydatkowe będą trochę inaczej sprecyzowane. Jest to spowodowane chociażby tym, że w przyszłym roku już nie będziemy musieli wydawać tyle środków na zadłużenie. Będziemy za to mocniej inwestować w Akademię i jej rozwój.
Czego życzyć Panom w nadchodzącym roku?
– Przede wszystkim zdrowia, cierpliwości i aby rzesza zadowolonych kibiców KS Hetman powiększała się bardzo szybko. Życzymy też sobie minimum 300 adeptów piłki nożnej w naszej Akademii na koniec roku oraz oczywiście awansu do IV ligi naszych seniorów. Mamy też szczególny rok przed nami, gdyż będzie to rok jubileuszu KS Hetman. Nasz kochany „dziadzio” skończy 90 lat. Obchody okrągłych urodzin są zaplanowane na 21 czerwca.
Dziękujemy bardzo za rozmowę.
Rozmawiali: Piotr Łaszkiewicz i Krzysztof Rycaj

17/12/2023


Przedstawiamy kolejny wywiad w ramach cyklu Ludzie (z) Hetmana.
W wieku osiemnastu lat z IV-ligowej Wisły Puławy do Hetmana dołączył Łukasz Giza. W wywiadzie zawodnik wspomina m.in. na który zespół miał patent na zdobywanie bramek, z kim najbliżej się trzymał, gdzie poznał żonę oraz czy jest zadowolony z postawy KS Drzewce po rundzie jesiennej.
Do Hetmana dołączyłeś w 2000 roku. Jak to się stało, że z Wisły Puławy trafiłeś do klubu z Zamościa?
– W grudniu skończyłem wtedy osiemnaście lat i po niezłej rundzie w Wiśle Puławy zdecydowałem się na transfer do Hetmana. Strzeliłem w barwach „Dumy Powiśla” osiemnaście bramek w osiemnastu meczach. Chciałem liznąć większej piłki i duży udział przy tym transferze miał Jerzy Krawczyk, który jest z Puław. Miałem również propozycję z Górnika Łęczna, ale wybrałem klub z Zamościa.
Hetman występował wtedy w dawnej drugiej lidze. Był to dla Ciebie duży przeskok, bo wcześniej występowałeś w IV-ligowej Wiśle Puławy?
– Dla młodego osiemnastoletniego chłopaka to było duże wyzwanie i przeżycie. Być w drużynie, która występuje na zapleczu ekstraklasy, to było coś. Początki były ciężkie, bo trzeba było się dostosować do cięższych treningów i do tego można powiedzieć profesjonalnego podejścia. Myślę, że nieźle wyszło i z czasem zaczęło to fajnie wyglądać.
W sezonie 2001/2002 Hetman zajął siódme miejsce w II lidze, co po dziś dzień jest najlepszym wynikiem w historii. Przez moment włączyliście się nawet do walki o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej…
– Z tego co pamiętam, po rundzie jesiennej zajmowaliśmy czwarte miejsce. Trzeba przyznać, że naprawdę nieźle się wtedy prezentowaliśmy. Trenerem został Włodzimierz Gąsior i u siebie zdobyliśmy bardzo dużo punktów. Można powiedzieć, że w Zamościu była twierdza nie do zdobycia. Mieliśmy fajny skład, zgrany i budowany przez wcześniejsze lata. Fajnie się ułożyło, bo był moment, że można było powalczyć o najwyższy szczebel rozgrywkowy.
Zarówno w meczu u siebie jak i na wyjeździe strzeliłeś gola Arce. Można powiedzieć, że miałeś patent na zespół z Gdyni?
– To prawda, bo z Arką kiedy graliśmy, to wpisywałem się na listę strzelców. W meczu u siebie zdobyłem bramkę, wchodząc z ławki rezerwowych. Bardzo fajne uczucie, a dla napastnika szczególnie, bo jest z tego rozliczany. Na wyjeździe udało nam się wyrównać, przegrywając 0:2, co można uznać za bardzo dobry rezultat. Mecze z drużyną z Gdyni zawsze będę wspominał miło.
W 4. kolejce przy sześciu tysiącach widów przegraliście 0:3 na wyjeździe w Poznaniu. Grałeś kiedyś przy większej widowni i takiej atmosferze jak na stadionie przy Bułgarskiej?
– To był jedyny mecz, gdzie troszkę mi nogi splątało. Wcześniej nie miałem okazji grać na takim obiekcie przy takiej publiczności. Wszedłem wtedy na paręnaście minut i zrobiło to na mnie naprawdę duże wrażenie. Bardzo przyjemnie było pokopać na stadionie Lecha.
Większość przyjezdnych zawodników mieszkała w baraku przy stadionie. Dużo się tam działo?
– Mieszkałem tam i ja (śmiech). Sporo się działo i że mieszkaliśmy w jednym miejscu, było na duży plus. Byliśmy ze sobą bardzo zintegrowani, bo przebywaliśmy ze sobą naprawdę dużo czasu. Nasze relacje wtedy się umacniały i dobrze wspominam ten okres.
Oprócz tego zwycięstwa świętowaliście na parasolkach na starówce. Wszystko odbywało się z głową czy kiedyś wymknęło się to poza kontrolę?
– Nie przypominam sobie, żeby wymknęło się poza kontrolę. Po wygranych spotkaniach faktycznie było jakieś piwo i pizza. Uważam, że to była całkiem normalna rzecz. Każdy w miarę był świadomy, że gra na zapleczu ekstraklasy. Większość dobrze się prowadziła, bo liczyła, że wybije się na jeszcze wyższy poziom rozgrywkowy. Paru chłopakom udało się zrobić niezłą karierę. Zamość zawsze był przyjaznym miastem, a my po świętowaniu braliśmy się od razu do roboty.
Do Hetmana trafiłeś jako młody zawodnik. Jak przyjęła Cię szatnia klubu z Zamościa?
– Szatnia przyjęła mnie naprawdę bardzo dobrze. Chrzty były zawsze na obozie, a mój odbył się w Wiśle. Myślę, że na boisku formą się obroniłem i każdy do mnie podchodził naprawdę miło.
Z jakim z zawodników złapałeś od razu wspólny język?
– Najbliżej kolegowałem się z Dominikiem Malesą, bo przyszliśmy do Hetmana w tym samym czasie. Do tej pory mamy jakiś kontakt. Z wieloma zawodnikami się trzymałem. Np. z Sewerynem Gancarczykiem swojego czasu miałem bardzo dobrą relację, która z czasem się trochę urwała.
Hetman nie płacił wiele, a ponadto często były poślizgi. Ciężko było w tym okresie z tego wyżyć?
– Jakiś wielkich pieniędzy nie zarabiałem, ale mi osobiście wystarczało. Nie musiałem wynajmować mieszkania, bo mieszkałem w baraku. Nie miałem rodziny, a ponadto się jeszcze uczyłem. Chciałem spróbować grać wyżej, a do Zamościa nie przyszedłem zarabiać. Na utrzymanie jednak w tym okresie wystarczało.
Teraz piłkarze na tym poziomie zarabiają horrendalnie większe pieniądze…
– O wiele bardziej. Szkoda, że człowiek w późniejszych czasach nie grał w piłkę (śmiech). Te pieniądze teraz są niebagatelnie większe do tego co było kiedyś. Ja mam przyjemną satysfakcję, że mogłem pokopać na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej. Wiadomo, że nie zarobiłem, nie wiadomo jakich pieniędzy, ale wspomnienia pozostały.
Podczas jednego ze spotkań doznałeś groźnej kontuzji kolana. Gdyby nie to uważasz, że zrobiłbyś dużo większą karierę piłkarską?
– Było to podczas spotkania u siebie z Tłokami Gorzyce. Seweryn Gancarczyk wtedy podchodził do rzutu karnego, który bramkarz obronił. Pamiętam, że ja szedłem do dobitki, a on mnie nie widział. Ja trafiłem w piłkę, a on w moje nogi. Był wtedy problem z kolanem, który ciągnie się do dzisiaj. Być może zrobiłbym większą karierę i byłaby na to szansa. Miałem propozycje w późniejszym okresie z Polonii Warszawa i z Jagielloni Białystok. To kolano doskwierało i nie zdecydowałem się, żeby grać jeszcze na wyższym poziomie. Ja na pewno narzekał nie będę, bo w Zamościu poznałem żonę i dobrze to wyszło.
Później występowałeś ponownie w Wiśle Puławy, a także Avii Świdnik. Skuteczności nie jeden z napastników mógł Ci pozazdrościć…
– Między 30-34 rokiem życia wróciłem do Wisły, a później byłem w Avii, Orlętach Radzyń Podlaski i Stali Poniatowej. Nie będę narzekał, bo tych bramek troszeczkę udało się nastrzelać. Wywiązywałem się ze swoich zadań jako napastnik. Wypada się tylko cieszyć, że ta piłka parę razy wpadła do siatki.
Grę, przeciwko któremu z obrońców wspominasz do dziś?
– Ciężko powiedzieć, bo tych obrońców było sporo. U siebie z Lechem Poznań naprawdę ciężko się grało mi się przeciwko Pawłowi Wojtali, który wrócił z Bundesligi.
Po zakończonej karierze piłkarskiej zostałeś trenerem i aktualnie prowadzisz KS Drzewce. Jesteś zadowolony z rundy jesiennej, po której zajmujecie czwarte miejsce w IV lidze?
– Jako beniaminek i nowicjusz na tym poziomie rozgrywkowym to jestem zadowolony. Pierwszy raz klub gra w IV lidze, a my ponieśliśmy tylko jedną porażkę. Zdobyliśmy sporo punktów i ta runda na pewno jest na plus. Nie ma co narzekać.
Jaki jest Wasz cel na wiosnę?
– Na pewno utrzymać kadrę. O trzecią ligę będzie nam ciężko walczyć, bo po prostu nas nie stać na to wszystko. Celem jest rozwój drużyny i poszczególnych zawodników. Chciałbym, żeby podnosili swoje umiejętności i mieli okazję pograć na jeszcze wyższym poziomie rozgrywkowym.
Od którego z trenerów, u których grałeś, najwięcej się nauczyłeś?
– Od każdego po trochu. Nie chciałbym kogoś szczególnie wyróżniać, bo każdy z nich zasługuje na szacunek.
Jakie jest Twoje trenerskie marzenie?
– Jak zostawałem trenerem, to moim marzeniem było, żeby zespół miał swój styl. Niezależnie, w której lidze będę pracował, chciałbym, żeby zespół miał konkretny model gry. Dla mnie to jest najważniejsze, żeby udawało się to przełożyć na zespół.
Czego można Ci życzyć na 2024 rok?
– Żeby nie było nic gorzej. Najważniejsze, żeby żona i dzieci byli zdrowi. To dla mnie jest najważniejsze. Nie mam jakiś wielkich wymagań i chciałbym, żeby to normalnie funkcjonowało tak jak teraz.
Dziękuję bardzo za rozmowę!

28/11/2023



Za nami udana runda jesienna sezonu 2023 / 2024, zimę spędzamy w fotelu lidera, czas więc na jej krótkie podsumowanie. Co przygotowaliśmy? Na początek garść statystyk drużynowych i indywidualnych.
Po rundzie jesiennej nasz zespół zajmuje pierwsze miejsce w tabeli, z przewagą 5 punktów nad drugą Huczwą Tyszowce. W 15 meczach zgromadziliśmy 40 punktów, notując bilans: 13 zwycięstw, 1 remis i 1 porażka. Średnio zdobywaliśmy zatem 2,66 pkt na mecz.
Bilans bramkowy: 75 bramek zdobytych (średnia 5 na mecz) i 10 bramek straconych – co jest najlepszą ofensywą jak i defensywą w lidze. Do siatki częściej trafiliśmy w II połowie, kiedy zanotowaliśmy 41 bramek, natomiast w I połowie było to 34 trafienia. Jeśli chodzi o bramki stracone to rywale częściej trafiali przed przerwą: I połowa – 7 bramek, II połowa – 3 bramki.
Statystki drużynowe potwierdzają, że miejsce lidera jest jak najbardziej zasłużone, jednak nie zapominamy, że wiosną przed nami 15 bardzo ważnych spotkań.


11/11/2023
W kończącym rundę jesienną wyjazdowym spotkaniu Hetman pokonał 3:0 Huczwę Tyszowce. Bramki na stadionie w Wożuczynie zdobywali Patryk Miedźwiedź, Wojciech Oseła i Damian Baran. Po bardzo dobrym spotkaniu w swoim wykonaniu zawodnicy prowadzeni przez Roberta Wieczerzaka mają już aż pięć punktów przewagi nad swoim rywalem.
Huczwa Tyszowce – Hetman Zamość 0:3 (0:1)
Bramki: 44’ Miedźwiedź, 51’ Oseła, 66’ Baran
Hetman: Dobromilski – Herda), Oseła (74’ Materna), Serdiuk, Kostrubiec, Miedźwiedż (80’ Vistovskyi), Baran (68’ Nowak), Łazar (85’ Laskowski), Chodacki (63’ Buczek), Woźniak (46’ Łapiński), Kushch-Vasylyshyn (85’ Wołoch)
Sędziował: Tucki
Żółta kartka: Kostrubiec, Buczek
Ciężko było wskazać faworyta w sobotnim spotkaniu rozgrywanym w Wożuczynie. Zarówno Hetman jak i Huczwa miały sporo argumentów, by wygrać sobotnie starcie rozgrywane w Święto Niepodległości. W barwach zespołu z Tyszowiec aktualnie występują: Nazar Melnychuk, Łukasz Bubeła, Valentyn Maksymenko oraz Damian Ziółkowski, którzy jeszcze nie tak dawno bronili barw drużyny z Zamościa. W Hetmanie również wystąpili zawodnicy, którzy mieli swój epizod u swojego sobotniego rywala: Patryk Miedźwiedź i Damian Baran występowali na boiskach IV ligi, a ponadto wychowankiem Huczwy jest Mateusz Materna oraz na wypożyczeniu do końca sezonu gra Rodion Serdiuk. Na dobrze przygotowanym boisku mimo opadów deszczu przyszło rywalizować pierwszemu i drugiemu zespołowi zamojskiej klasy okręgowej. Po raz pierwszy groźnie pod bramką drużyny prowadzonej przez Przemysława Siomę było w 9. minucie spotkania. Wtedy Rodion Serdiuk głową próbował lobować golkipera z Tyszowiec, ale ostatecznie piłka przeleciała nad poprzeczką. Dziesięć minut później po centrze Damiana Ziółkowskiego z rzutu wolnego też głową Michał Szwanc uderzył w poprzeczkę. Ponownie groźnie pod bramką gospodarzy było po uderzeniu z pierwszej piłki z pola karnego Oleksandra Kushcha-Vasylyshyna, ale dobrze w bramce interweniował golkiper z Tyszowiec. W kolejnych minutach Huczwa próbowała swoje akcje konstruować środkiem pola, ale to Hetman był dłużej przy posiadaniu piłki. W 44. minucie Hetman wyszedł na prowadzenie. Po ładnej akcji lewą stroną Maksymilian Kostrubiec dograł do środka, gdzie Oleksandr Kushch-Vasylyshyn oddał strzał, który do boku sparował bramkarz z Tyszowiec, jednak przy dobitce Patryka Miedźwiedzia golkiper gospodarzy był już bezradny. Do przerwy to podopieczni Roberta Wieczerzaka do szatni schodzili z minimalnym prowadzeniem.
Po przerwie w miejsce Kamila Woźniaka na boisku pojawił się Sebastian Łapiński. Od pierwszych minut drugiej połowy to Hetman starał się narzucić swój styl gry i zdobyć drugiego gola. W 51. minucie ten cel udało się osiągnąć. Wtedy to piłka po rzucie z autu spadła pod nogi Wojciecha Oseły na lewej stronie, który minął obrońcę gospodarzy i nie zastanawiając się, huknął lewą nogą pod samą poprzeczkę. Po dwubramkowym prowadzeniu Hetman niczym bokser za swą gardą swoich szans wypatrywał w kontrataku. W 66. minucie biało-zielono-czerwoni wyszli na prowadzenie trzema bramkami. W polu karnym z obrońcami zabawił się Oleksandr Kushch- Vasylyshyn, który zamiast oddać strzał, podał do Damiana Barana, a ten przyjął piłkę i skierował piłkę do siatki. Chwilę później Patryk Miedźwiedź dograł wzdłuż pola karnego, a akcji nie udało się zamknąć Sebastianowi Łapińskiemu. Po dokonaniu zmian to Hetman nadal kontrolował przebieg spotkania. W 89. minucie Adrian Wołoch dograł górą do Myrona Vistkovskiego, który w sytuacji sam na sam strzelił po ziemi wprost w golkipera gospodarzy. W kolejnej akcji Maksymilian Kostrubiec, mając piłkę na lewej stronie w polu karnym, nie trafił w bramkę. Po bardzo dobrym spotkaniu przy wsparciu fanów Hetman pokonał 3:0 na wyjeździe Huczwę Tyszowce. Po tym spotkanku podopieczni Roberta Wieczerzaka mają już pięć punktów przewagi nad swoim sobotnim rywalem.
Pomeczowy komentarz trenera Roberta Wieczerzaka:
– Po dobrym meczu pokonujemy Huczwę – pewne zwycięstwo, gratulacje dla całej drużyny. Dziękujemy Huczwie za mecz w dobrej atmosferze i oczywiście naszej licznej grupie kibiców, którzy swoim dopingiem pomogli nam w zwycięstwie z trudnym rywalem. Mamy lidera i do końca chcemy go utrzymać. Teraz przed nami okres roztrenowania od stycznia, spokojna praca w zimie, tak żebyśmy byli optymalnie przygotowani na pierwszy mecz.

W sobotę kolejne ważne trzy punkty do swojego dorobku dopisali piłkarze prowadzeni przez Roberta Wieczerzaka. Hetman na własnym terenie pokonał 2:1 Grom Różaniec, a dwukrotnie na listę strzelców wpisał się niezawodny Oleksandr Kushch-Vasylyshyn.
Hetman Zamość – Grom Różaniec 2:1 (1:0)
Bramki: 10’, 87’ Kushch-Vasylyshyn – 56’ Kwiatkowski
Hetman: Dobromilski – Herda, Materna (66’ Łazar), Serdiuk, Kostrubiec, Miedźwiedź (90’ Woźniak), Oseła, Baran (76’ Nowak), Chodacki (80’ Vistovskyi), Buczek (62’ Łapiński), Kushch-Vasylyshyn
Sędziował: Jasina
Żółta kartka: Dobromilski, Serdiuk
Sobotnie spotkanie z Gromem z perspektywy trybun musiał oglądać Robert Wieczerzak. Od pierwszych minut Hetman zaczął bardzo skoncentrowany, a celem był komplet punktów i obrona fotelu lidera ligi. W 10. minucie Damian Baran dograł z lewej strony do środka świetnie obsługując Oleksandra Kushcha-Vasylyshyna, który z najbliższej odległości skierował piłkę do siatki. W 27. minucie po rzucie rożnym wykonywanym przez Damiana Barana piłka znalazła się ponownie pod nogami najlepszego strzelca drużyny z Zamościa, ale ten fatalnie przestrzelił. Cztery minuty później Mateusz Chodacki oddał strzał z pola karnego, ale bramkarz gości nie miał problemów ze złapaniem piłki. Ponownie groźnie było po uderzeniu Damiana Buczka, ale piłkę spokojnie zdołał złapać Wojciech Markowicz.
Już na samym początku drugiej połowy jeden z zawodników Gromu zagrał piłkę ręką w polu karnym, ale sędzia podjął decyzję, że nie wskaże na „wapno”. W 56. minucie drużyna z Różańca wyrównała stan rywalizacji. Po błędzie w obronie Arkadiusz Kwiatkowski oddał strzał lewą nogą, nie dając najmniejszych szans Patrykowi Dobromilskiemu. W 65. minucie Grom znowu zagroził Hetmanowi, ale tym razem Dobromilski popisał się świetnym refleksem i uratował swój zespół przed utratą gola. Dwie minuty później po dośrodkowaniu z rzutu wolnego strzał głową Rodiona Serdiuka nie trafił w światło bramki. Podopieczni Roberta Wieczerzaka do końca walczyli o strzelenie gola dającego trzy punkty. Najpierw groźnie pod bramką Markowicza było po podłączeniu się Maksymiliana Kostrubca w ofensywnej akcji, który oddał mocny niecelny strzał po ziemi. Później Sebastian Łapiński nie trafił w bramkę z rzutu wolnego. Dopiero pod koniec spotkania, w 87. minucie Hetman dopiął wreszcie swego. Michał Herda zagrał wzdłuż pola karnego do Kushcha-Vasylyshyna, który nie zmarnował tej świetnej okazji. W doliczonym czasie gry jeden z zawodników Gromu znalazł się w idealnej sytuacji do zdobycia gola, po którym piłka poszybowała wysoko nad bramką. W ostatniej kolejce rundy jesiennej Hetman uda się na wyjazdowe spotkanie z Huczwą Tyszowce.
Pomeczowy komentarz trenera Roberta Wieczerzak:
– Po trudnym meczu pokonujemy Grom 2:1. Pierwsza połowa nasza pełna dominacja, strzelamy na 1:0 i mamy sytuacje na 2:0, ale nie trafiamy. W drugiej odsłonie Grom nie miał nic do stracenia i odważniej zaatakował, a po naszym błędzie przy wybiciu piłki Kwiatkowski strzela na 1:1. Wtedy zrobiło się trochę nerwowo, ale zagraliśmy konsekwentnie do końca i po ładnej akcji Sasha Kushch-Vasylyshyn doprowadza do wyniku 2:1 dla nas i tak mecz się kończy. W ostatniej kolejce jedziemy do Huczwy Tyszowce, gdzie będziemy chcieli ten mecz wygrać.